home  blog  recenze  email
  poesie
    próza
   články
překlady


Prolegomena

(Polská verze připravované prózy)

Dom Kajetana zbudowany był na potoku. Dziwna sprawa, ale przez środek izby biegł bulgocący górski strumień. W dodatku tak się złożyło, że woda ciekła pod grabowym stołem. Na jednym brzegu siedzi na rozklejonym skrzypiącym krześle stary Kajetan, a po drugiej stronie strumyka ja, jedenastoletni chłopak o słomianych włosach i rozpalonych czerwonych uszach. Pamiętam, że była to jedna z tych rzadkich i drogocennych nocy, kiedy druty elektryczne, rozwieszone pomiędzy gigantyczną elektrownią w odległych Dziećmarowicach a drewnianym kadłubem chaty Kajetana, traciły z jakiegoś nieznanego powodu zdolność przewodnictwa, a w tej pierwotnej, niezakłóconej niczym ciemności zaczynało się wszystko od nowa. Na całym świecie nie było więcej światła niż w oku kretomyszy, które pobłyskuje na dnie czarnej jamki. Cud, tajemnicza przerwa w dostawie prądu! Przewiduję, że Kajetan maczał w tym palce. Oczywiście! Spostrzegłem nawet złośliwe zadowolenie podkręcające kąciki jego ust. Na pewno wyobrażał sobie bezradnego inżyniera siedziącego w srebrnym kombinezonie przed centralnym brzęczącym kondensatorem, w którym wirują chaotycznie okrągłe elektrony. Każda cząsteczka elementarna zmienia się nagle w miniaturową główkę Demokryta, srebrny inżynier załamuje ręce nie mogąc nadać prądowi kierunku, czoła Demokrytów zderzają się trzeszcząc straszliwie, iskry sypią się do ich gęstych bród jońskich, aż wreszcie kondensator przepala się doszczętnie, a jego metalowy szkielet przeplatają pomarańczowe płomienie wystrzępione niebieskimi nitkami. Tak, Kajetan umie spowodować różne rzeczy. Pewnego razu słyszałem rozmowę dwu sąsiadek, które twierdziły o nim, że jest "płanetnikiem“ i "chmurnikiem“.

W ciemnościach za oknem toczyły się płaty śnieżne. Kajetan zapalił świecę i ustawił ją na środku stołu. Niósł świeczkę, a gorący roztopiony wosk ściekał na jego żylaste ręce. Ach, jak lubiłem obłupywać tę zakrzepniętą parafinę! W żółtych popękanych skorupach odnajdywałem istne odlewy rzeźbiarskie jego wydętych żył. Okolica jego nadgarstka to istna sznurownia teatralna! Pewnego razu włożyłem nawet obłupane relikwie do kartonowego pudełka, zachowując się jak średniowieczny Grzegorz z Tours, który przywiózł kawałek wosku z grobu św. Marcina i następnie umieścił go na najwyższym drzewie swojej winnicy, ażeby ochronić winogrono przed gradem.

"Na początku były ponoć tylko dwa jaja. Miękkie i lśniące jaja krążące w ciemnym przestworzu“, majaczył stary Kajetan pokazując drobne naprawiane zęby, które z każdym słowem zabłysnęły jak chrom kierownicy dziecięcego roweru. "Pewnego dnia jaja się zderzyły i pękły – z jednego powstała ziemia, a z drugiego niebo, małżonek ziemi. Ze związku ziemi i nieba urodziły się rozmaite rośliny oraz wilk i człowiek,“ kontynuował oblany pąsem Kajetan zachwycony czarem własnej nocnej kosmogonii i mrużył skośne świecące oczy nakryte zmiętymi pofałdowanymi powiekami, powiekami które przypominały dwa zmięte pergaminowe klosze.

Ja, wsparty obitymi łokciami o stół, słuchałem uważnie rozważań Kajetana i obserwowałem przejęte dygotanie zmarszczek okalających jego małe, niemal dziecięce usta: te zmarszczki to dzieło niezgrabnych kusztykających szkolnych cyrkli, pomyślałem. Gdyby tak obrócić jego starą skórę na lewą stronę, na pewno pokazałyby się pokraczne rysunki husarskich koników i pierwszych niedorzecznych chłopięcych obrazków, tak bardzo podobnych do prehistorycznych malowideł ściennych. Przede mną siedział staruszek-dziecko, a ja byłem pewny, że zygzakowate tory szwów czaszkowych Kajetana wydrążyła rozkręcona szpiczasta oś kolorowego pękatego bąka, który do dnia dzisiejszego się nie zatrzymał. Głowa dziadka aż drżała od jego baniastych podskoków, nad błyszczącą łysiną wirowały rozmazane pręgi kolorowej aureoli dzieciństwa.

Kajetan rozbełtał w kieliszku żubrówki pomarańczowe żółtko i wlał je za jednym zamachem do żołądka. "A starziczku, ja słyszałem, że świat to dzieło Boga“, powiedziałem niemal szeptem, obawiając się, że przez samo tylko wymówienie słowa Bóg, zwrócę na siebie niepotrzebnie uwagę Wszechmogącego. "Ni, ni, nie było a nima żadnego Boga, chłopczyku. Jest tylko niebo i ziemia. Mówię ci, że ziemia była kiedyś jak istota ludzka. Miała głowę, ręce i nogi, ale ponad wszystko wyrastał jej olbrzymi, nieskończony brzuch. Nasi przodkowie zamieszkali na powierzchni tego brzucha. Pewnego dnia leżąca ziemia uświadomiła sobie, iż nie może wstać – z pierwszym jej krokiem cały rodzaj ludzki stoczyłby się w ciemną przepaść wszechświata. Dobra ziemia postanowiła więc umrzeć z własnej woli. Z jej kończyn powstały dzisiejsze lądy. Tylko oczy ziemi są nieśmiertelne, a ich białkówki to słońce i księżyc“, skończył Kajetan swoje bajkowe opowiadanie, które nie brzmiało jednak zbyt przekonywująco i nie zachwiało mojej wiary w egzystencję istoty boskiej.

"Mówisz, starziczku, że nie ma Boga, ale ja spotkałem go we śnie!“, ośmieliłem się bronić swojej prawdy.
"Tak? To inna sprawa. Możesz opisać swojego Boga?“, powiedział Kajetan udając szczere zainteresowanie.
"Oczywiście. Szczupły, wysoki siwy starzec z żelaznym pionem murarskim przywiązanym do brody!“, zarecytowałem jednym tchem. Kłamałem. Tak naprawdę wyobrażałem sobie Boga zupełnie inaczej, ale wstydząc się tego niegodnego wyobrażenia, po prostu zmyślałem. Postać Boga w mojej fantazji była bowiem wyprowadzona ze samego słowa, a dokładnie z brzmienia tego słowa: gdy wymawiałem wyraz Bóg, za każdym razem zmaterializował się on w postaci olbrzymiego glinianego gara z groźnymi uszami. Mój Bóg to gar – esencja baniastości, baniastość idealna

. (W tym miejcu muszę wspomnieć swe sny protopubertalne, w których prześladowała mnie pokaźna piersiata Bożena, będąca żeńską pochodną Boga. ściskała i gniotła moje chłopięce ciało, a ja tonąłem w jej gorącej głębinie, łączyłem się z jej wybujałą kobiecością, która mnie przerażała, nie stawiając żadnego oporu. Do dnia dzisiejszego imię Bożena ewokuje u mnie rozrośniętą, wiecznie nienasyconą płodność i niepohamowane gruczoły laktacyjne.)

A więc Bóg – gliniany gar stojący jak straszny bałwan pogański w czarnych ciemnościach egipskich. I tak samo jak w przypadku Bożeny – jakaś nieokreślona siła przyciągała mnie do jego szerokiego, ciemnego gardła, chociaż czułem, że coś niebezpiecznego rozciąga się w niezmierzonym glinianym mrocznym wnętrzu. Bóg, Bóg, Bóg, powtarzałem w myśli niebezpieczną sylabę, Bóg, Bóg, bogaty Bóg, i nagle przyłapałem się na tym, że wołam to słowo do rozdziawionej gardzieli gara, a on dudni i powtarza za mną w głębokiej straszliwej tonacji: Bóg, Bóg, bogaty Bóg... Nic więcej tylko echo i pusta ciemna głębia. Co ukrywa się w tej nieprzeniknionej ciemności? Może nic, przerażająca próżnia. Czyżby miał w końcu Kajetan rację? Czyżby istniała tylko Matka Ziemia, ogromna Bożena, do której nie można mieć dystansu i której nie można kochać platonicznie?
Ale przecież, kiedy skupiamy się w samotności, Coś nieznanego powoduje, że wszystkie nasze nieuczciwe czyny i słowa wracają do nas w dramatyczniejszej, powielonej postaci, abyśmy sobie uświadomili ich prawdziwe konsekwencje, ich doniosłość i tragikę. Może właśnie dlatego jest wnętrze Boga puste, ażeby mogły w nim róść i olbrzymieć bolesne dla naszych uszu akcenty? Dlaczego człowiek od wieków tropi swego Boga? Dlaczego nieustannie rozważam ten temat, choć dawno już nie ma Kajetana i nie ma tego chudego jedenastolatka, który słuchał jego opowiadań z rozdziawioną gębą? Gliniany gar dalej stoi na swoim miejscu i pęczni prastarym zdaniem: Bój się Boga, człowieku.

"Dobra. Zostaw sobie swego Boga z pionem we wąsach, u mnie jest tylko Ziemia, oddychający wszechświat. Kosmos tchnący duchami“, powiedział Kajetan nie mogąc pohamować swojej fantazji i odwrócił się do okna, którego szyby obsypywały ostre kryształowe płatki roztłuczone w jakimś górskim skalnym moździerzu. Zawieja śnieżna przewróciła rozszarpaną psią budę. Potem przez chwilę milczał i w końcu spokojnie powiedział:
"Zawsze domyślałem się, że duchy zmarłych błądzące wśród nas nasycają się czymś zbędnym, niepotrzebnym, że nadmuchują się powietrzem, które wypełnia szpary między belkami drewnianych stodół...“
"Widujesz duchy, dziadku?“, zapytałem przestraszony.
"Próbowałeś podejść do stodół stojących na kopcu za moim domem w chwili zachodu słońca, kiedy czerwone światło prześwieca je na wskroś, a we wszystkich szparach praży się migocący ogień?“, zapytał Kajetan patrząc na mnie przenikliwie, a jego łysa głowa od razu przybrała postać archaicznego klapiącego aparatu braci Lumiere, dziwacznego dwuokiego stereoskopu, jego szeroko rozwarte oczy wyświetlały na mojej siatkówce zbrązowiałe klatki zagubionego filmu, w słupach tego żółtego światła wirował nieprzenikniony układ zabłąkanych, rozproszonych planet: pierwszych parę podrapanych klatek wypełniały obszarpane numerki, na dalszych słońce schodziło za przełęcz gucką, w centrum ujęcia płonęła w słońcu drewniana nachylona stodoła stojąca na skraju pastwiska. Następowało szybkie przybliżenie na przykucnięte przezroczyste postacie, które sączyły powietrze przez długie słomki wetknięte do szpar między deskami i które rosły wypróżniając tę odłogiem leżącą i niestosowną niejako przestrzeń... Niespodziewałem się, że ich objętość może tak niesamowicie narastać, przecież te szpary wydawały się takie nieznaczne! A jednak – duchy piętrzyły się jak chmury burzowe, jak dżinny wypuszczone z butelki i w krótkiej chwili wypełniały całą przestrzeń płotna filmowego. Oglądając film Kajetana dumałem, dokąd to wessane powietrze z duchów uchodzi? Chciałem dziadka zapytać, ale zanim zdążyłem otworzyć usta, zobaczyłem w lśniącej blaszanej chochli nad piecem ciąg dalszy spektaklu: duchy latały po naszej okolicy i przysiadały tu do niemego Jónka mieszkającego w skrzyni pod mostem, tu do pobożnego, pomylonego Piotra głoszącego swoją ewangelię w pociągach pomiędzy Trzyńcem i Cieszynem. Duchy przysiadały się do nich wypuszczając z płuc przezroczyste tchnienie i wypełniając do reszty ich głowy i umysły pozorną próżnią stanowiącą w rzeczywistości dar szczęśliwego powiązania z prostym sednem egzystencji.
"Co tak trzeszczysz łoczy?“, wyrwał mnie z fascynującego kina uśmiechnięty dziadek.
Zamiast odpowiedzi przeskoczyłem bulgocący, spieniony strumyk i, zdecydowany pozostać na zawsze na brzegu Kajetana, usiadłem na jego kukiełkowych kolanach. Wtedy też postanowiłem, że będę wtykał palce do szpar między deskami, że nie przestanę maczać je w tej nie zauważanej przez ludzi próżni, dopóki umożliwiają mi to szczupłe chłopięce dłonie, póki nie jestem dorosłym mężczyzną.

Lumír